|
Ukazało się nowe wydanie kolejnego tomu beletryzowanej biografii Karola Wojtyły. Książka stanowi kompozycyjną całość z tomem pierwszym (Lolek. Młode lata Papieża) i będącym w przygotowaniu tomem trzecim opisującym lata biskupiej pracy przyszłego Papieża. Publikacja drugiego wydania zbiega się z sześćdziesiątą rocznicą powrotu księdza Wojtyły do Polski ze studiów w Rzymie. 27 lipca 1948 roku przyszedł on pieszo do swojej pierwszej parafii w Niegowici.
Oto fragment „Wujka Karola” opisujący to wydarzenie:
Hałaśliwy warkot diesla urwał się raptownie i w autobusie na chwilę zapanowała cisza. Przyjął ją z ulgą. Był tak ogłuszony hałasem motoru, że dopiero po chwili zaczął słyszeć inne dźwięki, charakterystyczne dla małej podkrakowskiej miejscowości.
Gdakanie kur, rżenie koni, głośne rozmowy rolników, którzy przyjechali na targ z okolicznych wiosek. Wziął do ręki niewielką walizkę i przytrzymując sutannę zszedł po kilku schodkach w unoszący się jeszcze kurz gdowskiego rynku. Rozejrzał się i zobaczył, że nieopodal na wozie drabiniastym siedzi jakiś człowiek. Podszedł do niego: – Pochwalony Jezus Chrystus! – przywitał się. – Na wieki wieków! – odpowiedział woźnica. – Wie pan jak się stąd dostać do Niegowici? – Mieszkam w Marszowicach, to całkiem niedaleko. Targ niedługo się skończy, trza mi wracać do domu, to chętnie księdza zawiozę. - Bardzo dziękuję. – Ksiądz przyjeżdża do nas służbowo, czy na wypoczynek? – Mam być wikariuszem w Niegowici. To moja pierwsza placówka. Nazywam się Karol Wojtyła – A ja Stanisław Samek. Czeka księdza dużo pracy. Proboszcz Buzała to dobry człek, ale już niemłody i schorowany. A ksiądz pewnie świeżo po studiach? Nie szkoda zostawiać Kraków i przyjeżdżać do takiej dziury? – Szczerze mówiąc, to w Krakowie byłem ostatnio tylko przejazdem. Z Rzymu wracam. – Z Rzymu na taką wiochę? – Książę metropolita polecił.
Wojtyła uśmiechnął się. Przypomniał sobie rozmowę z Mietkiem Kotlarczykiem, którego odwiedził po powrocie z Rzymu i otrzymaniu aplikaty. „Czy to jest do pojęcia, że wysyła się człowieka na zagraniczne studia, a potem ładuje się na wiejską parafię?” – zżymał się reżyser – „Gdybym cię nie znał, to pomyślałbym, żeś coś nabroił”. Widać miał za dobre zdanie o swoim pupilu, bo rzeczywiście – trochę nabroił, choć w dobrej wierze. Parę miesięcy temu Karol dostał list z Wadowic. Mijało dziesięć lat od matury i w gimnazjum szykowano spotkanie absolwentów rocznika 38. Nie chciał zawieść kolegów i zdecydował się na wcześniejszy przyjazd. Rozprawę doktorską „Zagadnienie wiary u św. Jana od Krzyża” już obronił, pozdawał też wszystkie wymagane egzaminy (prof. Garrigou Lagrange nie krył zadowolenia z ocen swojego doktoranta). Pozostawał jeden drobny szczegół: dla zatwierdzenia doktoratu trzeba go było wydać drukiem. Tymczasem on nie miał na to pieniędzy. Postanowił, że pojedzie do Polski, a potem wróci i zajmie się wydaniem pracy. Ale po przyjeździe do kraju spotkała go przykra niespodzianka. „Ten dokument nie będzie już księdzu potrzebny” – oświadczył urzędnik w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa, gdzie poszedł, aby przedłużyć paszport. Nie mógł już wrócić do Rzymu. Po kilku tygodniach otrzymał skierowanie do Niegowici.
- Niech ksiądz spojrzy, wystarczy pójść tą drogą – Stanisław Samek zatrzymał wóz i wyciągnął rękę. Trudno zabłądzić, z daleka widać wieżę kościoła. – Bóg zapłać, panie Stanisławie.
Znowu zgarnął sutannę lewą dłonią, prawą oparł się o oparcie zydla i zeskoczył. Samek podał mu walizeczkę dziwiąc się w duchu, że ksiądz idzie na parafię z takim skromnym dobytkiem. Spojrzał jeszcze na krzepką sylwetkę duchownego wkraczającego na drogę wiodąca przez pola. Po chwili cmoknął na konia i odjechał. Karol szedł szybko wdychając z przyjemnością zapach częściowo skoszonego już zboża. Po kilkunastu minutach, z niewielkiego wzniesienia zobaczył kościelną wieżę. Przypomniał sobie o ubiegłorocznych odwiedzinach w Ars. Zabita dechami dziura – tak myśleli o tej miejscowości współcześni Jana Marii Vianneya. Syberia dla księży – wzdrygali się duchowni lyońskiej diecezji. Moje miejsce – cieszył się Vianney.
Postawił walizkę na drodze, podkasał nieco sutannę i ukląkł. Oparł ręce o ziemię, pochylił się i pocałował nawierzchnię drogi. Poczuł w ustach drobne okruchy piasku. Szybko wstał, wziął swój niewielki bagaż i poszedł dalej w kierunku kościoła.
|